Szaleństwo planszówkowych zakupów

Mamy na półkach kilka gier, które dostaliśmy w prezencie. Znajdą się też dwie zdobyte jako nagrody w konkursach. Jest nawet jedna porzucona przez znajomego, który definitywnie zerwał z planszówkowym nałogiem… ok, to ostanie zmyśliłem – takie rzeczy się nie dzieją. Jednak niemal wszystkie planszówki trafiły do naszego domu w efekcie „nabycia dóbr lub praw drogą umowy sprzedaży bądź innej umowy o równoważnym skutku”. Brzmiałoby to całkiem wzniośle, gdyby nie sprowadzało się do klik klik, mail potwierdzający złożenie zamówienia, sms z kodem autoryzującym przelew, głos w telefonie z recepcji – Paczka do ciebie! I chociaż sam moment zakupu nie ma w sobie nic ciekawego, to jednak droga, prowadząca od odkrycia na BGG „kolejnej gry, którą muszę mieć”, do umieszczenia jej na półce, jest naprawdę kręta.

***

Lista życzeń – niemy świadek huśtawki nastrojów

Początek roku wygląda zawsze tak samo. Siedzę na BoardGameGeeku, przeczesując zbiory najbardziej oczekiwanych gier i dodaję na swoją listę życzeń wszystko, co wpadnie mi w oko – ze względu na tematykę, renomę wydawcy, nazwisko autora czy choćby ciekawą okładkę. Pierwsze bujnięcie za mną. Po kilku tygodniach przeglądam wybrane tytuły i dokonuję kolejnej selekcji. Co ciekawe często gry wypadają z listy ze względu na to samo kryterium, dzięki któremu w ogóle na nią trafiły – opis jednak mi się nie podoba, wydawca zaliczył poważną wpadkę produkcyjną przy poprzednim tytule, a autor kiedyś publicznie przyznał, że nie lubi czekolady – nic nie poradzę na to, że nie ufam takim osobom. Drugie bujnięcie i zbiór planszówek, które chcę kupić, jest już o wiele mniejszy. Niestety prowadzenie listy takich tytułów nie jest procesem jednokierunkowym, a co gorsza bywa niezwykle podatny na wpływ czynników zewnętrznych. SpaceX wystrzelił kolejną rakietę? Trzecia edycja High Frontier wraca do łask. Wydawca nie tylko wymienia wadliwe komponenty, ale dodaje jeszcze przy tym promki? No dobrze, dam mu „ostatnią” szansę. Autor ma po prostu uczulenie na kakao! Wspaniale… to znaczy współczuję, ale… Kilka kliknięć i gra znów ma status „1 – must have”. Trzecie, czwarte, dziesiąte bujnięcie i tak przez cały rok. Gry wypadają i wracają na listę z najróżniejszych przyczyn, a ta, gdyby tylko potrafiła mówić, oznajmiłaby całemu światu – „Uwaga! Przypadek wysoce niestabilny!”.

Pierwsi Marsjanie, czyli w zasadzie kto?

Po ogłoszeniu przez Portal wydania Pierwszych Marsjan wiedziałem, że nie ma mowy o zakupie tego tytułu. Po pewnym czasie stwierdziłem, że pewnie kupię, ale dopiero drugą edycję – z poprawkami i ulepszonymi komponentami. Minęły kolejne tygodnie i uznałem, że w zasadzie pierwsza edycja Robinsona Crusoe wcale nie była o wiele gorsza od kolejnych, więc czekanie nie będzie miało sensu. Z pewnością jednak na pewno nie nabiorę się na portalową przedsprzedaż. Przyszedł styczeń 2017, ruszyła akcja na stronie wydawnictwa. Chciałbym móc napisać, że czekałem kilka tygodni zanim, ostatecznie uległem. Nie czekałem, zamówiłem od razu. Ktoś powie – „przepłaciłeś dla kilku promek”. Może i przepłaciłem, jednak nie dla dodatków, ale dla wcześniejszej dostawy. Nie wiem, czy Portal świadomie zastawił te przedsprzedażowe sidła nazywając grę Pierwsi Marsjanie, czy po prostu tak im wyszło. Może to głupie, ale w czasach kiedy tłumy z zachwytem terraformują Czerwoną Planetę, bardzo chciałem być jednym z naprawdę pierwszych, którzy postawią stopę na jej powierzchni. Takie moje małe planszówkowe wariactwo.

Na przypale albo wcale 

Silne emocje towarzyszące planszówkowym zakupom nie tylko nie kończą się w momencie odebrania paczki z nową grą, ale często prawdziwa karuzela dopiero wtedy się zaczyna. Śledząc planszówkowe dyskusje, od czasu do czasu można natrafić na wątki dotyczące braku zrozumienia planszówkowej pasji przez „drugą połówkę” oraz towarzyszące temu problemy w rozwijaniu kolekcji. Bazując na własnych doświadczeniach, wydaje mi się, że opowieści o planszówkowych awanturach i rozbijaniu meepli kuchennym tłuczkiem są nieco przerysowane, ale bywają momenty – szczególnie w okresie okołoessenowym – kiedy na dobiegające z drugiej części mieszkania „Co to za nowa gra?” zimny pot spływa mi po plecach. Na to pozornie łatwe pytanie jest wiele możliwych odpowiedzi, ale tylko niektóre przyniosą pożądany skutek. Co gorsza, nie istnieje tu strategia wygrywająca, więc trzeba próbować różnych wariantów:
1. żywa tarcza – „Olka chciała, żeby dla niej zamówić” – jak to z kłamstwem bywa, na dłuższą metę raczej nie zadziała. Zwłaszcza jeśli pudło stojące na półce jest bez folii, a Ola, która akurat wpadła nagrać audycję, przecząco kręci głową;
2. kontrofensywa – „A czy ja Cię tak przepytuje o każdą nową parę butów?” – bardzo nie zadziała, jeśli macie niekorzystny stosunek wszystkich planszówkowych wydatków, do ilości pieniędzy spożytkowanych na zakup damskiego obuwia… na przestrzeni kilku ostatnich lat;
3. na przypał – „No gra. Może zagramy dziś wieczorem? Najwyżej się sprzeda.” – działa zaskakująco często, nawet jeśli wieczorem nie zagramy i nigdy „się nie sprzeda”.
Niestety to tylko moje doświadczenia i nie mogę zagwarantować, że ostatnia metoda zadziała i u Was. Ale przecież w planszówkach chodzi właśnie o emocje, prawda?

***

Najtrudniejsze w planszówkowych zakupach są momenty, gdy w sprzedaży pojawiają tytuły, o których nigdy wcześniej nie słyszeliśmy i nie mieliśmy czasu, aby mentalnie przygotować się na „jednorazowy druk”, „ograniczoną czasowo promocję” czy „limitowaną partię, która spadła z palety i będzie w Polsce 3 lata przed oficjalną premierą”. Chyba wiele osób zna to dziwne uczucie, kiedy czytając opis na stronie sklepu zaczynacie mimowolnie nucić „czerwony jak cegła, rozgrzany jak piec…”. Dalej jest już w zasadzie z górki. Klik klik, mail potwierdzający złożenie zamówienia, sms z kodem autoryzującym przelew, głos w telefonie z recepcji – Paczka do ciebie! Potem zostaje tylko iść „na przypał” i liczyć, że znów się uda. 😉