Planszówki to (nie) zabawa

Rynek gier planszowych stale się rozwija. Przybywa nowych tytułów, pojawiają się kolejni wydawcy, coraz więcej osób jest zainteresowanych tą formą spędzania czasu. Nie ma wątpliwości, że na planszówkowym hobby można zarabiać. W szerokiej perspektywie to w końcu biznes jak każdy inny i dlatego pora uświadomić sobie jedną bardzo ważną rzecz. Planszówki to nie jest zabawa. Nie wolno Ci tak myśleć.

***

Odnoszę wrażenie, że niektórzy gracze w pewnym momencie przekraczają niewidzialną granicę, oddzielającą planszówki-zabawki od planszówek-hobby. Gry oczywiście nie wiedzą o jej istnieniu i wcale się nie zmieniają, dlatego Grzybobranie pozostaje Grzybobraniem, Talizman jest tym samym Talizmanem, a Ryzyko to wciąż Ryzyko. Jednak ponieważ dla człowieka granie w planszówki, to już nie „jakaś tam zabawa” ale hobby, w dobrym tonie jest odciąć się od wszystkiego, co uznawane jest za „słabe”. I to nawet jeśli jeszcze przed chwilą była to najlepsza możliwa opcja zabawy. Są gracze pomagający w dokonaniu tej transformacji osobom, które jakimś cudem przeniknęły do świata hobbystów, nie mając jednak świadomości jakie zasady w nim panują. Jak wygląda taka pomoc? Wystarczy poprzeglądać dyskusje na facebookowej grupie Gry Planszowe. Przy wielu pytaniach o KONKRETNĄ grę, pośród odpowiedzi merytorycznych, pojawi się w końcu co najmniej jedna, która rzuci na zagadnienie zupełnie nowe światło. Coś w tym stylu:

1. Masz możliwość nabyć „starą” Agricolę w okazyjnej cenie i idealnym stanie, ale nie wiesz, czy gra dobrze działa na 5 graczy.
– Tak, działa super.
– Gram z mężem i trójką dzieciaków – świetna zabawa.
– Popełniasz podstawowy błąd! Musisz kupić nową edycję Agricoli albo Kawernę, a najlepiej poczekać, aż Lacerta wyda Ucztę dla Odyna. To jedyne sensowne opcje.

2. W przypływie nostalgii chcesz zagrać z 4 letnią córką w Chińczyka, ale dostępność tytułu w sklepach jest chwilowo mizerna.
– Sprawdź na i-Szopie.
– Ostatnio widziałem na wyprzedaży w Obgryzionym Meeplu.
– Nie ogłupiaj dziecka! Kup Tokaido i to koniecznie w przepięknej edycji deluxe.

3. Rozpakowałeś nowiutki 51 Stan: Master Set i próbujesz dowiedzieć się do czego służy znacznik, o którym nie wspomina instrukcja.
– Ciekawe, może znacznik pierwszego gracza?
– Taki tam bonus od Portalu, bez wpływu na rozgrywkę.
– Słabo. Wywaliłeś pieniądze w błoto, bo stara wersja 51. była o niebo lepsza.

Przypominają mi się podwórkowe czasy, kiedy naszemu koledze ojciec przywiózł z delegacji Game Boya. W naszych głowach kotłowała się mieszanka zachwytu i zazdrości. Kilku z nas miało w domach co najwyżej Pegasusy, a Game Boy pozostawał w sferze marzeń. Nowszy, można było zabrać go na dwór i te gry, które na nim działały! Był lepszy, a jednak czegoś mu brakowało. Pamiętacie pewnie jaką frajdę sprawiało patrzenie jak gra ktoś inny, głośne komentowanie i czekanie na swoją kolejkę. Tyle że wygodniej i przyjemniej było to wszystko robić, siedząc przed telewizorem z podłączonym Pegasusem, niż tłoczyć się wokół „lepszego” Game Boya. Szczególnie że patrząc z boku, na ekranie LCD niewiele było widać. Tak, to ja zawsze zajmowałem to zaszczytne miejsce. 😉 Potem nadeszły czasy „wyścigu na komputery”. Kiedy moi koledzy mieli w domach Optimusy z procesorami Pentium MMX, u mnie wciąż stał stary wysłużony „składak” napędzany 486DX2. Choć miałem świadomość istnienia gier, które były daleko poza zasięgiem, to nie przeszkadzało mi, aby grając w F-15 Strike Eagle II, czuć się jak Iceman z filmu Top Gun. Tak Iceman, a nie Maverick! Jednak mimo że gra była tak samo dobra, to jakoś głupio było zapraszać kolegów, żeby razem pograć, kiedy alternatywą był, wymuskany jak na owe czasy, Monster Truck Madness 2 u kogoś innego.

Ostatnio wyrobił się u mnie pewien nawyk związany z komentarzami planszówkowych sensejów.  Odrywam wzrok od monitora lub telefonu, patrzę w przestrzeń i mówię pod nosem „Znowu? Serio?”. Jedynym wyznacznikiem tego, czy gra jest dla kogoś dobra jest odpowiedź na pytanie czy rozgrywka sprawia danej osobie przyjemność. Koniec. Nie ma nic złego w graniu w Talizman, Ryzyko, czy Grzybobranie, a fakt istnienia tytułów nowszych i bardziej rozbudowanych mechanicznie, wcale nie oznacza, że przy wspomnianych grach nie można wciąż dobrze się bawić. Pora się z tym pogodzić. Każdy z nas ma swoją własną drogę przez świat gier, a jedyną ważną granicą związaną z planszówkowym rozwojem jest ta, pomiędzy udzielaniem rady a narzucaniem swojego punktu widzenia. Dla jednych Talizman to gniot, a dla innych niekończąca się przygoda pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji. Ktoś powie, że Ryzyko to planszówkowy potworek, a ktoś inny, że wysokopoziomowa symulacja 100 letniego konfliktu na skalę światową. Grzybobranie jest nudne i losowe? Trochę wstyd się przyznać, ale nie pamiętam, żebym w nie grał, więc głupio się wypowiadać, ale możliwe, że są okoliczności, w których po prostu się sprawdza. Na koniec jeszcze małe filozofowanie. Świętemu Augustynowi przypisuje się sentencję „Kochaj i rób co chcesz!”, ale myślę, że gdyby grywał w planszówki równie dobrze mógłby powiedzieć „Baw się dobrze i graj w co chcesz!”. 

***

Pewnie powinienem teraz napisać coś w rodzaju „tym postem nie chcę nikogo urazić, a jeśli poczułeś się dotknięty to przepraszam i bla bla bla”. Ale nie. Jeśli ktoś poczuł się urażony, to znaczy, że jest dokładnie tym typem osoby, której zachowanie mnie irytuje. Nie oczekuję, że planszówkowi „mędrcy” się odmienią, ale to nie dla nich jest ten tekst. Jest dla tych, którzy czytając ich „pomocne” komentarze pod czyimś wpisem, mają odczucia podobne do moich. Wiedzcie, że gdybyśmy byli w zasięgu wzroku, chętnie wymieniłbym z Wami porozumiewawcze spojrzenie mówiące „Znowu? Serio? Przecież planszówki to zabawa. Czasem wymagająca, czasem kosztowna, ale jednak tylko zabawa.” 😉