„Ominąć święta” – problem z prezentem dla gracza

Święta Bożego Narodzenia tuż tuż. Każdego dnia facebookowa grupa Gry Planszowe zasypywana jest pytaniami w rodzaju „Jaka planszówkę kupić dziewczynie pod choinkę? Najlepiej żeby było dużo strategii, mało losowości, mocno wyczuwalny temat, nieskończona regrywalność, karty w rozmiarze Standard American, nietypowe kości, klimat Star Wars, humor Munchkina, trochę mitologii Cthulhu. I koniecznie musi działać na 8 graczy, chociaż dobrze byłoby gdyby na 2 też chodziła, bo w takim składzie gramy najczęściej. Aha, dziewczyna uwielbia koty bez sierści, więc gdyby gdzieś w grze takowe się pojawiały, to byłoby naprawdę ekstra”. O dziwo w mgnieniu oka sypie się mnóstwo odpowiedzi, ale im więcej czasu mija od chwili pojawienia się pytania, tym mniej punktów wspólnych z żelaznymi ramami wyznaczonymi przez petenta mają sugestie innych planszówkowiczów. Ostatecznie trudno oprzeć się wrażeniu, że każdy wymienia swoje ulubione gry, albo po prostu te, które sam chciałby dostać w prezencie, bo słyszał od innych, że są świetne. Kolejnym znakiem nadchodzącej przedświątecznej gorączki planszówkowej są pojawiające się na wielu blogach i youtubowych kanałach listy najlepszych gier w przeróżnych kategoriach – dla całej rodziny, dla całych dwóch rodzin, dla połowy rodziny, dla gracza samotnika, dla gracza tylko udającego, że jest graczem i tak dalej. Teraz wystarczy tylko określić, jakim typem planszówkowicza tak naprawdę jest obdarowywana przez nas osoba. Dla kogoś kto nie gra wcale, lub do planszówkowego stołu siada sporadycznie, stosunkowo łatwo znaleźć tytuł, który okaże się świetną niespodzianką. Jednak im większe doświadczenie adresata prezentu, tym trudniej wstrzelić się w jego gust i luki w kolekcji. Coraz większym problemem staje się kwestia tego, jakie gry tak naprawdę lubi i faktycznie chciałby jeszcze mieć jeszcze na półce. Może w takim wypadku podczas szukania świątecznego podarunku dla zaawansowanego planszówkowicza, warto porzucić schemat myślowy, według którego najlepszym prezentem dla gracza jest po prostu gra. Wszak nasze hobby to nie tylko wyszukiwanie nowych tytułów, przegryzanie się przez instrukcje i rozgrywanie kolejnych partii. 

***

Organizery do pudełek

Trzy miesiące temu moja żona zawarła ze mną układ. Propozycja była z tych „nie do odrzucenia”, ale mimo to brzmiała naprawdę hojnie – planszówki przenoszę do połówki obszernej szafy w przedpokoju, zwalniając w zamian zajmowane przez nie półki, regał i szuflady w małym pokoju. Ze względu na dodatkową przestrzeń pozostałą po przeprowadzce, miałem zobowiązać się do niezgłaszania kolejnych roszczeń dotyczących miejsc składowania gier. Szczerze mówiąc, byłem całkiem zadowolony z takiego obrotu sprawy, bo zacząłem mieć obawy czy pomieszczę essenowe nowości, które miały wkrótce pojawić się w kolekcji. Nie przewidziałem jednak, że w końcówce listopada dopadnie mnie promocyjny amok Czarnego Piątku i Dnia Darmowej Dostawy. W ten sposób znów zostałem bez miejsca. Nadszedł czas, który kronikarze mojej kolekcji określą zapewne mianem Drugiej Wielkiej Kompresji. Z wielu gier definitywnie poznikały klimatyczne, kolorowe wypraski robiąc miejsce na elementy z dodatków. Pudełko podstawki Eclipsa musiało pomieścić grę i wszystkie wydane do tej pory rozszerzenia. Podobny los spotkał karcianego Władcę Pierścieni oraz wiele innych tytułów. Nie zawsze udawało się ograniczyć do pojedynczego pudła, ale i tak zysk przestrzenny był zauważalny. Niestety jak to bywa przy różnego rodzaju transformacjach i przewrotach zawsze jedni zyskują kosztem innych. Druga Wielka Kompresja nie była wyjątkiem i choć zdobyła miejsce dla kolejnych gier, to we wnętrzach wielu przeładowanych pudełek zapanował kompletny chaos. Oddzielanie dodatków od podstawek zaczęło być czasochłonne do tego stopnia, że skutecznie wyhamowało chęć sięgania po część kolekcji. I pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno z politowaniem kręciłem głową, słysząc o pomysłach kupowania drewnianych organizerów zaprojektowanych pod kątem konkretnych gier. Dziś dość dobrze rozumiem genezę i istotę problemu, a co ważniejsze doceniam elegancję rozwiązania, które wraz z rozwojem rynku będzie coraz bardziej popularne. Dla kogoś, kto w swoim hobby boryka się z ograniczeniami przestrzennymi, prezent w postaci insertu może być odrobiną wytchnienia, w przeciwieństwie do kolejnej planszówki, która najprawdopodobniej tylko powiększy skalę trudności.

Farbki do figurek

Od początku mojej przygody z grami uważałem, że malowanie figurek to strata czasu i po prostu lepiej grać w planszówki niż bawić się z farbkami, pędzelkami i innymi akcesoriami. Mój naturalny brak talentu malarskiego odkryłem już w latach wczesnoszkolnych. Pomimo kilku lat wysiłków pań od plastyki, mających na celu zmianę tego stanu rzeczy, status quo został tylko utrwalony. W zasadzie nigdy nie miałem problemu z graniem niepomalowanymi figurkami, chociaż z pewną zazdrością patrzyłem na prezentowane przez innych graczy fotografie upiększonych potworów, rycerzy czy robotów. Jeszcze tydzień temu w moim spokojnym planszówkowym świecie, zaludnionym w większości przez szare plastikowe stwory, panował montonny, jednokolorowy spokój. Zmiany w sposobie postrzegania tematu zainicjowała moja 2.5-letnia córka, oczko w głowie tatusia.

– Tato, dlaczego wszystkie figurki są szare?
– Nie miałem czasu, a poza tym słabo maluję.
– Aha. Ja mam dużo i pięknie maluję. Pokoloruję kredkami.
Do tego potrzeba specjalnych farbek.
– To kupmy w sklepie. Nie będę wyjeżdżać za linie.
– Dobrze, pomyślimy.

„Nie będę wyjeżdżać za linie” – podejście dziecka. Malowanie figurek to nie tworzenie obrazu. Nie trzeba przejmować się zachowaniem proporcji i właściwym odwzorowaniem kształtów, czyli tym, co tak naprawdę nastręczało mi najwięcej problemów. Figurka to po prostu trójwymiarowa kolorowanka, do której musimy dobrać odpowiednie barwy i dbać o „niewyjeżdżanie za linie”. Nie twierdzę oczywiście, że malowanie planszówkowych komponentów to coś bardzo prostego, ale jednocześnie nie jest chyba aż tak trudne, jak może się wydawać, kiedy patrzymy na zdjęcia zamieszczone na BGG. Skoro tysiące ludzi na całym świecie daje radę, to może warto w ramach świątecznej atmosfery zmotywować naszych zaprzyjaźnionych graczy do podążenia w tym lekko artystycznym kierunku. Na prezent wystarczy kilka podstawowych kolorów. Pozostałe odkryją sami.

***

Zdaję sobie sprawę, że brak jakichkolwiek zdjęć, którymi mógłbym poprzeć zawarte powyżej prezentowe sugestie, może budzić pewne podejrzenia. Czyżbym nigdy nie miał styczności ze wspomnianymi przykładami? Zgadza się. Nigdy nie sklejałem drewnianego organizera do pudełka ani nie malowałem figurek. Jeżeli ktoś czuje się oszukany, bo ma wrażenie, że zamiast uniwersalnej porady znalazł mój prywatny list do Świętego Mikołaja / Gwiazdeczki / Gwiazdora / Aniołków, czy jeszcze kogoś innego, kto w danym regionie podrzuca prezenty pod choinkę, to przepraszam. Zrobiłem to, co większość blogerów i youtuberów – napisałem o swoich preferencjach, z którymi najprawdopodobniej w 100% utożsami się bardzo niewielka grupa graczy. Tak czy inaczej, na Boże Narodzenie nie chcę dostawać gier. Widzę je przez okrągły rok w chłodnych wnętrzach paczkomatów, w rękach kurierów, na sklepowych półkach. Każda inna rzecz będzie idealnym prezentem. Czymś zupełnie nowym. Niespodzianką. Jeśli już muszę dostać prezent związany z grami, to niech będzie on wyjątkowy, tak jak bożonarodzeniowe dni wyróżniają się na tle pozostałych 363… 362… 36-iluś. Może to być nawet para pięciopalczastych skarpet i bilecik z dopiskiem „Przeczytaliśmy instrukcję do High Frontier. Możemy grać bez tłumaczenia zasad”. Prezent naprawdę wyjątkowy. 😉