„Gracz Alfa” – w odmętach dominacji

alfa„Nie ma żadnego wzorca, według którego wirus wybiera swojego gospodarza. Pierwsze objawy zazwyczaj są lekceważone. Przypominają zwykłą pomoc bardziej doświadczonego gracza w czasie pierwszych rozgrywek w nową grę. Najgorsze jest to, że można grać razem od dłuższego czasu, nie wiedząc nawet, co czai się w osobie siedzącej tuż obok przy planszówkowym stole…”

Pewnego dnia na czwartym roku studiów odkryliśmy Pandemica. Pierwsza partia do kosza – błędnie zrozumieliśmy zasady. Drugą przegraliśmy, ale zaczęliśmy ogarniać, o co w tym wszystkim chodzi. Po trzech kolejnych rozgrywkach czuliśmy, że na ten wieczór wystarczy nam kooperacji. Nic szczególnego się nie wydarzyło. Pandemic zniknął na kilka dni wraz z jednym ze współlokatorów, który zabrał ją na długoweekendowy wyjazd. Wrócił w niedzielę wieczorem. W spojrzeniu jego lekko przekrwionych oczu było coś chłodnego, dzikiego. Zaproponował nam szybką partyjkę w Pandemica przed kolejnym tygodniem zajęć i pracy. Siedliśmy przy stole i zaczęliśmy grać. Tuż przed moją kolejką odezwał się mój telefon. Ekran wypełniało jedno słowo „Mama” – musiałem odebrać. Wychodząc do kuchni rzuciłem tylko „grajcie za mnie!”. Kiedy wróciłem i zajmując swoje miejsce, wziąłem do ręki karty, poczułem dziwne mrowienie w palcach. Zupełnie jakbym moja dłoń nie należała w pełni do mnie. Przez głowę zaczęły przelatywać mi myśli dyktujące kolejne posunięcia, ale miałem nieodparte wrażenie, że to nie ja jestem ich autorem. Czyżby to rozmowa z mamą wybiła mnie z rytmu – jej pełne troski pytania, czy nie jestem głodny, ciepło się ubieram i chodzę na wykłady? Nie. To musiało być coś innego. Po skończonej partii pojawiła się propozycja rozegrania kolejnej, na co przystali wszyscy oprócz mnie. Nie czułem się dobrze. Poszedłem do swojego pokoju, włączyłem laptopa i zacząłem szukać przyczyny dziwnych objawów, których doświadczałem. Wprawdzie nie znalazłem niczego, co brzmiałoby znajomo, a jednocześnie nie kazało natychmiast zgłosić się do psychiatry, ale po chwili stwierdziłem, że czuję się już lepiej. Zajrzałem do dużego pokoju. Partia trwała, a w międzyczasie przy stole pojawił się inny współlokator, więc nie było szans na dołączenie do rozgrywki. Postanowiłem poczytać trochę o grze w internecie – o strategiach, dodatkach, wrażeniach innych graczy. W dużym pokoju wybuchła jakaś ożywiona dyskusja dotycząca kolejnego posunięcia. Założyłem słuchawki i w tym momencie trafiłem na dziwny wątek na jednym z planszówkowych forów. Tytuł brzmiał Pandemic – problem lidera, czy coś w tym stylu. Zacząłem czytać. Po chwili wiedziałem już co zaszło kilkanaście minut wcześniej, kiedy siedziałem przy planszy. Zdejmując powoli słuchawki, łudziłem się, że usłyszę dalszy ciąg kooperacyjnej kłótni – jednej z tych jakie prowadziliśmy przy wcześniejszych rozgrywkach. Ale ciszę przecinał tylko jeden głos, chłodny i nieznający sprzeciwu. Dyktował kolejne posunięcia, przedstawiał rzeczowe argumenty, odkrywał niuanse strategii. Nie ruszyłem się z miejsca. Nazwijcie mnie tchórzem, ale w tym momencie naprawdę nie mogłem już zrobić nic, aby pomóc pozostałym. Nie miałem potrzebnej wiedzy ani żadnego pomysłu na to, jak przeciwstawić się umiejętnościom kontrolowania woli innych, jakie w czasie weekendu najwyraźniej posiadł ten, którego głos dzwonił mi w uszach. Nawet po kilku latach od tamtych wydarzeń nie odważę się wspomnieć jego imienia. Najpewniej do końca swych dni będę musiał posługiwać się jego mrocznym przydomkiem, jaki zyskał tego wieczoru – Gracz Alfa.

***

W ciągu kolejnych miesięcy próbowałem rozgryźć zagadkę Gracza Alfa. Co sprawiło, że człowiek, z którym można było zupełnie normalnie grać w tytuły oparte na rywalizacji między graczami, stał się planszówkowym dyktatorem, gdy na stół trafiła gra kooperacyjna. Nie doszedłem do żadnych sensownych wniosków, a ponieważ czas zaciera pamięć, po kilku latach zacząłem nawet myśleć, że wszystko sobie wymyśliłem. Może faktycznie tamtej zimy za lekko się ubierałem i moje postrzeganie rzeczywistości było zaburzone przez zbliżające się przeziębienie. I kiedy powoli zacząłem odpuszczać, spotkałem w lokalnym sklepie z grami jednego z niegdysiejszych współlokatorów – tego, który zajął moje miejsce w czasie ostatniej partii tamtego feralnego wieczoru. Zamieniliśmy kilka zdań o tym, co działo się życiowo u nas i naszych znajomych z okresu studiów, z którymi wciąż mieliśmy kontakt, aż wreszcie rozmowa zeszła na gry planszowe. Nie mogłem powstrzymać się przed poruszeniem tematu Gracza Alfa. Ostatecznie nie miałem nic do stracenia, nawet gdyby potwierdziła się teoria, że wszystko sobie uroiłem. Wierzcie mi, że w głębi serca liczyłem na taki obrót spraw. Wszechświat nie był jednak łaskawy. Gdy tylko wspomniałem o tamtej sławetnej rozgrywce w Pandemica, przez twarz mojego znajomego przemknął ledwie zauważalny grymas. Zupełnie jakby przez mgnienie oka odczuł fizyczny ból. Stało się pewne, że wszystko, co przez lata myślałem o Graczu Alfa, było prawdą. Początkowo mój rozmówca nie chciał rozwinąć tematu, ale ostatecznie udało mi się go złamać, oferując możliwość zakupów w sklepie z wykorzystaniem mojej, wypracowanej przez lata 7% zniżki lojalnościowej. Zaczął opowiadać, a z jego kolejnych słów wyłaniał się coraz pełniejszy obraz wydarzeń, które rozegrały się przy planszy w naszym studenckim lokum. Wreszcie wypowiedział trzy zdania, które miały całkowicie odmienić moje spojrzenie na kooperacyjne planszówki. „On wiedział o tej grze niemal wszystko. Był tak pewny każdego posunięcia, że nie potrafiliśmy z nim dyskutować. I grał tylko dla wygranej!”. Potem stała się rzecz nieoczekiwana. Mój rozmówca chwycił pudełko Pandemica stojące na jednej ze sklepowych półek i z obłędem w oczach rzucił się w kierunku wyjścia. Chciałem ruszyć za nim w pogoń, ale sprzedawca powstrzymał mnie mówiąc „Nie warto. To szaleniec. Przychodzi tu od kilku lat i za każdym razem kończy się to podobnie. Dlatego trzymamy na widoku to puste pudełko. Pewnie jak zwykle porzucił je na trawniku przed sklepem.” Byłem przerażony tym, czego doświadczyłem przed chwilą, ale po chwili w mojej głowie pojawiła się natrętna myśl, którą podsycały, wciąż dźwięczące mi w uszach ostatnie słowa, jakie wypowiedział mój współlokator sprzed lat. Zacząłem myśleć, że syndrom lidera to nie wada gier kooperacyjnych. To wada zwykłych graczy…

***

Mój Gracz Alfa nigdy nie dysponował nadludzkimi mocami, które pozwalały mu naginać innych do swojej woli. Samo to, że w ogóle dopuszczałem taką myśl, nie świadczy o mnie najlepiej, ale naprawdę było to bardzo wygodne wytłumaczenie. Na swojej planszówkowej drodze spotkałem wielu takich jak on. Przykłady można by mnożyć – stary przyjaciel, matka trojga dzieci, gracz przypadkowo spotkany na konwencie. Wszyscy doskonale znają kooperacyjne planszówki, do których z nimi siadam. Są jak chodzące instrukcje z erratami i szczegółowymi wyjaśnieniami, podczas gdy ja zazwyczaj znam reguły rozgrywki tylko z ich opowieści. Do tego dochodzi nastawienie na osiągnięcie zwycięstwa, a nie „granie dla samej gry”, co wydaje się dosyć sensowne, patrząc na tematy gier kooperacyjnych. Świat z Pandemica, w którym ludzkość znajduje się na krawędzi wyginięcia, morderczo usposobiona wyspa z Robinsona Crusoe czy kolonia z Martwej Zimy atakowana przez hordy zombie – założę się, że każdy, kto znalazłby się tam w rzeczywistości, walczyłby o przetrwanie, a nie „podziwiał dla podziwiania”. Dogłębna znajomość gry i odpowiednie nastawianie daje prawdziwym Graczom Alfa ogromną pewność siebie, której po prostu ciężko się przeciwstawić. Piszę „prawdziwym”, bo jeżeli ktokolwiek przy grze kooperacyjnej wydziera się i zmusza Was do konkretnych zagrań, a na końcu okazuje się, że i tak przegraliście, to jest zwyczajnym burakiem. Jeżeli jednak macie do czynienia z autentycznym Graczem Alfa i wciąż Wam on przeszkadza, to rozwiązanie jest proste – wystarczy spróbować być lepszym niż on. Polecam zacząć od dokładnego przeczytania instrukcji. 😉