„Wczoraj, jutro, dziś”, czyli refleksja nad planszówkami

mementoJak rozpoznać, że zbliża się przełom października i listopada nie mając pod ręką kalendarza? W sklepach coraz gęściej pojawiają się znicze, na ścieżkach rowerowych robi się przyjemnie luźno, a przez planszówkowe dyskusje i blogi przewija się temat najlepszych gier o zombie, duchach i śmierci. Pierwsze dni listopada z oczywistych względów będą skłaniać do zadumy nad tym, co już za nami i tym, co jeszcze mamy w życiu do zrobienia. Biorąc pod uwagę, że planszówki to bądź co bądź całkiem spory kawałek naszej codzienności, to w ramach refleksyjnych rozważań im też należy się kilka minut.

***

Moje gry – moja historia

Zawsze kiedy w mojej kolekcji pojawia się nowa gra, wiąże się to z jakąś historią. W wielu przypadkach jest ona taka sama – „Mam wolne środki, a w moim ulubionym sklepie pojawiło się coś, co nawet mnie interesuje. A co mi tam – zamawiam!” – ale wciąż się liczy. Jednak żaden z owych zakupów nie był tak zupełnie przypadkowy, a każda z gier przykuła moją uwagę z jakiegoś konkretnego powodu. Od kilku dni staram się przywołać z pamięci każdy z tych małych momentów, które leżą pomiędzy moją pierwszą grą – Pandemią – a ostatnim zakupem – Field Commander: Alexander. I wierzcie mi, że chociaż odkrywanie szczegółów swojej planszówkowej przeszłości może nie brzmieć jak porywająca przygoda, to jednak w istocie jest naprawdę ciekawym zajęciem na parę jesiennych wieczorów. Przeglądam archiwa zamówień, odtwarzam kolejność kupowanych gier i staram się odkryć związki pomiędzy tytułami i czasem, w którym pojawiały się w kolekcji. Dzięki temu przypomniałem sobie na przykład, że kupując Horror w Arkham w stacjonarnym sklepie Rebela dostałem mandat za parkowanie w niedozwolonym miejscu. I myślę, że to dosyć dobrze wyjaśnia, dlaczego kolejną grą, kupioną w przeciągu zaledwie dwóch dni było więzienne Alcatraz: Scapegoat. Oczywiście nie zawsze jest łatwo i wciąż nie potrafię sobie przypomnieć, co tak naprawdę sprawiło, że na mojej półce zagościł Fluxx. Tym bardziej że patrząc na chronologię zamówień rozdziela on Rokoko i Pathfindera. Czyżby chwilowe zaburzenie jasności umysłu wywołane przełączaniem między trybem euro a ameri? Tylko co to wszystko ma w zasadzie wspólnego z przyszłymi spadkobiercami, którzy zostaną obdarowanymi moją kolekcją? Otóż tyle, że bez tej całej chronologii i przyczynowości, spoglądając na odziedziczone po mnie planszówki powiedzą najpewniej – „Wariat!” Dlatego wierzę, że dołączając do kolekcji krótki opis jej ewolucji, pomogę im odkryć głębszy sens ukryty za kartonowymi pudełkami i dostrzec coś więcej, niż tylko stertę gier z szerokiego zakresu tematycznego. Chociaż nie mogę wykluczyć też innego rozwoju wypadków – „Wariat! Ale przynajmniej znamy historię choroby”.

Archeologia planszówkowa

Nie powiem, żeby troska o przyszłe losy ludzkości spędzała mi sen z powiek, ale czasem zastanawiam się w jakim kierunku potoczą się sprawy na Ziemi. Jak potraktują nas za kilka wieków historycy badający nasze czasy albo przybysze z kosmosu odkrywające zgliszcza naszego świata po spektakularnym samounicestwieniu, które możemy sobie w pewnym momencie zafundować? Wprawdzie cała moja „wiedza” w zakresie archeologii pochodzi z filmów o przygodach Indiany Jonesa i moje rozważania mogą dosyć poważnie rozbiegać się z rzeczywistością, niemniej jednak spróbuję. Co znaleźliby za kilkadziesiąt wieków badacze, odkrywając w czasie prac wykopaliskowych kolekcje dzisiejszych planszówkowiczów? Drewniane meeple? Tekturowe plansze? Karty? Wszystko obróci się w proch i w najlepszym wypadku zostanie tylko plastik.  I nie ma znaczenia czy pochodzi on z eurosuchara, gry ameritrashowej, czy bitewniaka – nikt nie będzie w stanie tego rozróżnić. Plastikowe kostki, figurki oraz kolorowe znaczniki. Jakie zdanie o dzisiejszych graczach będą mieli ci, którzy odkryją pozostałości naszej cywilizacji? Już widzę artykuł naukowy w „Intergalactic Journal of Archeology„, rocznik 4016 – „Pozostałości odkopane na planecie Ziemia wskazują, że w ramach wysokorozwiniętych społeczeństw funkcjonowały również osobniki znacznie mniej inteligentne. Świadczy o tym ich fascynacja zjawiskami czysto losowymi, otaczanie czcią tysięcy dziwnych bóstw, wyrażane w tworzeniu w dużych ilościach ich niewielkich wizerunków, oraz skłonność do magazynowania prostej geometrycznie biżuterii”. I to by było na tyle jeśli chodzi o obraz planszówek jako nietrywialnej i ciekawej rozrywki umysłowej, jaki pozostanie po naszej cywilizacji. 

Gra na całe życie

Myślę że wielu graczy zna to dziwne uczucie, kiedy patrząc na półki pełne gier, wciąż ma się wrażenie, że czegoś brakuje. Nie jest to żaden konkretny tytuł, którego po prostu akurat zabrakło w sklepach, nie jest to nawet dokładnie określona kombinacja mechanizmów i tematu. To po prostu TA jedna planszówka, która z pewnością wystarczyłaby nam do końca naszych ziemskich dni, gdyby tylko dane nam było ją zdobyć. Nie mówiąc już o tym, że cała reszta kolekcji najpewniej zginęłaby przyćmiona jej niebiańskim blaskiem. Planszówkowy Święty Graal. Nie wiem, ile razy sądziłem, że wreszcie ją znalazłem. Ilu tytułom, skądinąd rewelacyjnym, udało się podszyć pod grę idealną. Ostatecznie zawsze okazywało się, że czegoś im jednak brakuje i trzeba szukać dalej. Teraz chciałbym móc wrzucić kilka zdań o tym, jak to wreszcie odkryłem, że tą legendą, którą od kilku lat ścigałem, jest cała moja kolekcja. Że każda z gier, które leżą na półce ma w sobie pierwiastek ideału i razem tworzą to, co wystarczy mi na resztę życia. Tak nie jest – wciąż czegoś brakuje i chyba nie uda się tego zmienić. W końcu nie bez powodu na szczycie rankingu BGG jest Pandemic Legacy – gra, która kończy się po rozegraniu całej kampanii, a nieco dalej na liście znajduje się kolejny tytuł o podobnej specyfice – T.I.M.E Stories. Może wydawcy zorientowali się, że zamiłowanie do rzeczy ulotnych leży po prostu w naszej ludzkiej naturze i to, co wydarza się tylko raz, pociąga nas najbardziej. Oczywiście gry, które odkrywają pełnię swojej głębi dopiero po kilku czy kilkunastu rozgrywkach nigdy nie odejdą lamusa, ale myślę, że w przyszłości czeka nas jeszcze wiele gier „jednorazowych”, które staną się hitami. W końcu lubimy rzeczy, na których się znamy, a akurat „jednorazowość” to nasza absolutna specjalność. Nasze całe życie.

***

Co pozostanie po mnie w dziedzinie planszówek, kiedy w swoim życiu osiągnę etap „końcowej punktacji”? Jedno jest niemal pewne – większy lub mniejszy zbiór gier, z którym ktoś inny będzie musiał się uporać. To właśnie jest najbardziej pozytywne. Ktoś inny – nie ja. Dlatego nie muszę zastanawiać się nad moją planszówkową ostatnią wolą, określającą komu przekazuję swoje poszczególne gry. Mogę spokojnie skupić się na dążeniu do tego, co najważniejsze – aby moje życie w końcowym rozrachunku okazało się grą wartą świeczki… i pełnym dziwnych historii wyszukiwaniem kolejnych gier, które choćby na krótki czas zdołają przyćmić resztę kolekcji blaskiem swoich plastikowych elementów.