Duże gry w małych dłoniach – część 8. – „Buntownik z wyboru”

Poprzedni odcinek: Duże gry w małych dłoniach – część 7. – „Tożsamość Bourne’a”

Kiedy kilka miesięcy temu nasza córka obchodziła swoje drugie urodziny, stało się jasne, że nadszedł czas na pewne zmiany. Pora zakończyć wakacje i ogłosić koniec taryfy ulgowej… dla rodziców. W miarę upływu tygodni coraz rzadziej zdarzają się zabawne dialogi znane z poprzednich części cyklu, a z każdym dniem wchodzimy głębiej w etap konkretnych rozmów i oczekiwań – również tych związanych z planszówkami. 

dgmd_8_1– Pogajmy w coś.
– Z figurkami? – Nie. – Z kulkami? – Nie! – Z… – Nieee!
– Jus nie chcę.
– Masz bunt dwulatka?
– [marszy brwi] Nie mam buntu dwulatka.
– To dobrze.
– MAM BUNT DWULATKAAA!
– I co teraz?
– Pogajmy w coś.

Nikt nie mówił, że planszówki okażą się idealnym rozwiązaniem na dziecięce humory. No właśnie! Dlaczego nikt o tym nie mówi? Planszówki są idealnym rozwiązaniem! Jedyną trudnością bywa wybranie gry odpowiedniej dla danej chwili, ale zazwyczaj po kilku chybionych strzałach udaje się trafić we właściwy tytuł. Trzeba tylko wyczuć, co akurat jest dla dziecka najbardziej interesujące.

***

dgmd_8_2W pewnym momencie nasza córka zaczęła sama bawić się grami. W taki lub inny sposób dawała do zrozumienia, że ma ochotę w coś „pograć” i potrafiła przez pewien czas skupić się na wybranej planszówce. Na początku największym zainteresowaniem ze strony naszej córki cieszyły się figurki – waleczne myszy z Mice and Mystics. Potem przyszedł czas na elementy interaktywne jak podajnik i kulki z Wybuchowej Mieszanki. Wreszcie weszliśmy na kolejny poziom i uwagę zaczęły przyciągać komponenty bardziej abstrakcyjne i pozwalające na większą kreatywność. W ruch poszło Carcassonne, którego kafelki posłużyły jako puzzle bez wypustek. Przyznaję że efekty bywały różne, ale i tak byłem dumny. I kiedy zacząłem zastanawiać się, co nasza córka ma na kolejnych miejscach swojej „listy do sprawdzenia”, okazało się, że wróciliśmy do figurek. Potem znów w kręgu zainteresowania znalazła się interakcja, a na koniec ponownie kafelki. Eclipse, Flick em’ Up!Taluva

Minął miesiąc, dwa, a my w dziedzinie gier, wciąż tkwiliśmy w zaklętym kręgu – figurki, interakcja, żetony. Figurki, interakcja, kafelki. Figurki… Może mogłem coś zrobić, aby pomóc naszemu dziecku dokonać kolejnego planszówkowego przełomu. Może mogłem pokazać jej, że w grach jest znacznie więcej ciekawych rzeczy, niż tylko te odkryte do tej pory. Może gdybym tylko zabrał ją na wędrówkę przez dzicz – tak jak mój ojciec zabrał mnie i jak mój dziadek zabrał mojego… zaraz to nie ten tekst blog. Może gdybym zamiast budowania fortów z koców i krzeseł w dużym pokoju spokojnie tłumaczył jej, jak zdobywać punkty zwycięstwa i optymalizować swoje ruchy, nie tkwilibyśmy miesiącami w tym samym miejscu. Gdyby tylko Marzena na dobranoc czytała naszej córce nie bajki a instrukcje. Może to sprawiłoby, że dziś, zamiast pisać ten tekst, grałbym z naszą 2,5 latką w Awanturników, Troyes albo 7 Cudów Świata: Pojedynek. No cóż, nigdy się tego nie dowiemy, bo po prostu czekaliśmy. Nasza córka musiała sama rozgryźć, co jeszcze kryje się w planszówkach.

***

– Pogajmy w coś.
– Dobrze, ale musisz ładnie zjeść? A w co chcesz pograć?
– W Fajeflaja.
– A kto jest lepszym przemytnikiem Han Solo czy Malcolm Reynolds?
– Malkom Ejnols.
– Brawo…
– …albo An Solo…
– …no to musimy jeszcze poćwiczyć…
– …albo tata.
– [śmiech] No dobrze to weźmiemy statki i polatamy.
– Nie, weźmiemy kalty!
– Dlaczego karty?
– Bo jest duzo litelek!
– [szczęka na podłodze] …

Poprzedni odcinek: Duże gry w małych dłoniach – część 7. – „Tożsamość Bourne’a”