„Czynnik ludzki”, czyli jak inni wpływają na mój odbiór gier

Nieczynnikdawno zastanawiałem się, co właściwie powoduje, że jedne gry postrzegam jako świetne, a inne jako totalne gnioty? Wreszcie, jakie warunki musi spełnić planszówka, aby trafić „do koszyka”, za jakiś czas znaleźć się na półce i przetrwać próbę czasu? Ostatecznie doszedłem do niezbyt błyskotliwego wniosku, że chociaż dobrze zaprojektowana mechanika plus ciekawy – a przynajmniej nieprzeszkadzający – temat, są kwestiami absolutnie podstawowymi, to jest jeszcze coś równie ważnego – tytułowy „czynnik ludzki”. Relacje recenzentów, doświadczenia wspólnych rozgrywek z innymi graczami i społeczność tworząca się wokół konkretnej gry – aspekty, które zmieszane ze sobą czasami otwierają oczy, a innym razem zupełnie je mydlą.  Gdyby przeanalizować moje typowe zainteresowania tematyczno-gatunkowe, to patrząc na kolekcję planszówek w naszym mieszkaniu, znalazłoby się wiele takich, które nie powinny się tam w ogóle znaleźć. Co zatem sprawiło, że w ogóle zagościły na półkach? Odpowiedź jest dosyć prosta – inni ludzie, bez których, co przyznaję z pewną trudnością z uwagi na moje zamiłowanie do rozgrywek jednoosobowych, świat planszówek nie mógłby istnieć.

***

Zaraźliwa euforia

Przykład z ostatnich tygodni – Leaving Earth – gra, która częściowo ze względu na specyficzną tematykę, a trochę przez dość wysoką cenę wydawała się mieć raczej ograniczoną grupę docelową. Tylko dwa sklepy planszówkowe podjęły się zamówienia partii, dając też do zrozumienia, że to najprawdopodobniej jednorazowa akcja, ze względu na podejście wydawcy do dystrybucji oraz wysokie koszty transportu. Kto chciał ten zamówił i czekał. Co mogłoby się wydarzyć? No cóż – „wydarzyli się” misioooo i Curiosity na forum serwisu Games Fanatic, którzy całkowicie hobbystycznie wykonali tytaniczną pracę tłumacząc instrukcję i spowodowali tym samym, że grono zainteresowanych grą nagle stało się znacznie szersze niż wcześniej. Do tego stopnia, że zamówiona partia wyprzedała się jeszcze zanim pudełka dotarły do Polski, a po kilku tygodniach sklepy znów zdecydowały się sprowadzić kolejne egzemplarze. Dlaczego o tym piszę? Bo pewnie gdyby nie to zamieszanie na forum, mój egzemplarz poczekałby kilka tygodni na swoją inauguracyjną partię, a tymczasem siadłem do rozgrywki już pierwszego wieczoru po dotarciu przesyłki.

Jestem dość podatny na euforyczne zachowania ze strony innych graczy. Lubię, gdy ktoś z pasją – pod warunkiem, że nie jest ona szewska – opowiada o nowej planszówce, w którą miał szansę zagrać. Niejednokrotnie właśnie dzięki temu zwróciłem uwagę na świetną grę, która w innych warunkach w ogóle by mnie nie zainteresowała. Podobnie jest z hypem, czyli typowym przedpremierowym „biciem piany”. Znany wydawca ogłasza, że za rok wyda nowy tytuł osadzony w… kosmosie – pociąg ze stacji Spekulacje właśnie nadjechał! Zbiorowa Euforia staje w szranki ze sprawnie zorganizowanym Ruchem Oporu. Trudno jest nie przyłączyć się do jednej z frakcji, a w moim przypadku wybór zazwyczaj pada na tę pierwszą. Czy inni gracze wypaczają spojrzenie na planszówki? Na pewno, ale szczerze mówiąc wolę być pozytywnie nastawiony i ewentualnie odpuścić później, niż wobec braku zainteresowania społeczności ominąć dobrą grę. Zresztą na szczęście nie istnieje „obiektywny obraz” dla danej planszówki, a jeśli ktoś inny pokaże mi coś, co może mi się w konkretnym tytule spodobać, to nie widzę w tym nic złego.

Pozostaje pytanie jak w przypadku nowych gier, o których jeszcze niewiele wiadomo, nie dać się „naciągnąć” i nie kupić takiej, która w ostatecznym rozrachunku zupełnie nam nie podejdzie? Zazwyczaj to dosyć proste. Po pierwsze warto samemu przeczytać instrukcję – chociażby po to, żeby nie okazało się później, że „mechanika oparta na kościach” to zwyczajny chińczyk.  Po drugie – jeśli wciąż nie jest się pewnym, to może lepiej nie kupować pod presją problemów z dostępnością za jakiś czas i poczekać na relacje innych. W końcu jak pokazuje przykład Leaving Earth, jeśli gra jest faktycznie dobra, to „ograniczona dostępność w przyszłości” nie musi być ostatecznym werdyktem, bo wciąż bardzo wiele zależy od samych graczy.

Bez półek w tle

Mam kilku recenzentów, których materiały regularnie przeglądam. Wiele gier trafiło na moją listę „do sprawdzenia/kupienia” właśnie na skutek ciekawego filmu lub tekstu któregoś z nich. Jest jednak jeden recenzent, którego materiały lubię oglądać nie tylko dla poznawania nowych planszówek, ale też po to, aby usłyszeć o jego wrażeniach na temat gier, które już mam w kolekcji. Jest nim Derek Case. Na jego kanał trafiłem zupełnie przypadkiem, kiedy wchodząc w tematykę gier wojennych, szukałem przykładowej rozgrywki w D-Day at Omaha Beach. Derek nie nagrywa w dedykowanym do tego celu studio, nie ma za sobą półek zastawionych pudełkami, nie recenzuje nowości wciąż pachnących farbą drukarską, a w tle nie słychać dodającej „klimatu” muzyki. Jest za to autentyczna opowieść kogoś, kto gra w planszówki bez presji czasu ze strony społeczności albo wydawców. W jego nagraniach, czuję pasję zwykłego gracza, który zwyczajnie dzieli się swoimi wrażeniami z grania z innymi ludźmi i nie sprawia, że forma wyprzedza treść. Nie mam absolutnie nic przeciwko bardziej profesjonalnym i aktywniejszym recenzentom, bo tak jak pisałem, często opieram się na ich ocenach. Ale zazwyczaj na tym się kończy. Nie oglądam ich dla samej historii, którą mają do opowiedzenia o grze. Są oceny, wnioski, czasem niezły humor, ale brakuje mi czegoś, co sprawia, że na chwilę planszówki znów stają się zwyczajnym hobby, bez całej marketingowej otoczki, pędu za nowościami i wodotrysków. Derek Case – spokojny, szczery gość opowiadający o grach. Oglądając jego materiały, nigdy nie zdarzyło mi się przeskoczyć od razu do wniosków, co nagminnie robię we wszystkich innych przypadkach. Po prostu lubię go słuchać. Chociaż może faktycznie jest ze mną coś nie w porządku, skoro ciesząc się jak dziecko obejrzałem recenzję porównawczą dwóch zaokrąglaczy rogów do żetonów… 😉

Zależy z kim grasz

Gracze w naszej planszówkowej grupie mają przeróżne podejścia do rozgrywek. Jedni siadają do stołu zdeterminowani, aby osiągnąć zwycięstwo. Inni twierdzą, że sam akt grania sprawia im przyjemność i wynik nie ma tak naprawdę znaczenia – chociaż to nastawienie ujawnia się najczęściej dopiero w końcówce partii lub wręcz po finalnym podliczeniu punktów. Ale jest jeszcze jeden przeciwnik – nazwijmy go Graczem X – który absolutnie nie dba o to, czy jest na najwyższym stopniu podium. Wystarcza mu, że wygrywa ze mną, a mnie wystarcza, że wygrywam z nim :). Nie istnieje gra, przy której atmosfera nie zgęstnieje, jeśli siądziemy wspólnie do stołu, a najgorsze są oczywiście rozgrywki dwuosobowe – doświadczenia masakrujące neurony i psychikę, bo żadna ze stron nie potrafi łatwo przełknąć porażki poniesionej w takim pojedynku. Zazwyczaj po partyjce w takim „gronie” nie gramy ze sobą przez kolejne 2 tygodnie. Tak wiem – to bardzo dojrzałe z naszej strony. Jednak nawet przy rozgrywkach, w których uczestniczy większa liczba graczy nie jest lekko. Nie jest nawet średnio trudno. Co z tego, że atak na moją flotę oddali Gracza X od pierwszego miejsca, skoro mnie pogrąży jeszcze bardziej. Albo to – mogę zdobyć dodatkowe punkty, ale wtedy X wciąż będzie miał jakieś szanse na wygraną… Trudno – dalsze miejsca też są dobre, tak długo jak X zajmuje to ostatnie. I tak dalej i tak dalej. Zapomniałem wspomnieć, że jest tylko jeden gatunek gier, w bardzo rzadko grywamy razem – kooperacje. Co za bzdura, żebyśmy mieli dzielić się wygraną!

Emocje w grach zależą tylko i wyłączenie od tego z kim się gra, a Gracz X to mój ostateczny planszówkowy wróg, który każdą grę jest w stanie wynieść na rywalizacyjny Everest. Monopolu nie sprawdzałem, ale pewnie też. Każda rozgrywka to szansa na kolejne „zwycięstwo” i  zastrzyk ekstremalnych emocji przy planszy. Dlatego są gry, których obecność w kolekcji uzasadnia tylko to, że istnieje ten jeden przeciwnik – Gracz X. Moja żona. Marzena.

***

Pewnie nie ma nic szczególnie odkrywczego w stwierdzeniu, że na moje planszówkowe preferencje i decyzje zakupowe duży wpływ mają inni ludzie, w różnoraki sposób związani z naszym hobby. Jest ich naprawdę wielu. Z jednymi spotykam się na co (ty)dzień, niektórych widuję tylko kilka razy w roku, większości nigdy nie miałem szansy poznać. A mimo to bardzo liczę się z ich zdaniem w temacie gier – czasami nawet bardziej niż ze swoim własnym. Podejrzewam, że moja kolekcja byłaby o wiele mniejsza, gdyby nie ci wszyscy zapaleni planszówkowicze, którzy zwrócili moją uwagę na pewne tytuły, zachęcili do zakupu lub sprawili, że odkryłem coś nowego w grach, które już miałem na półce. A skoro już jestem przy półkach, to po ciężkich pertraktacjach udało mi się przejąć kolejną :). Nie jest bardzo duża, ale kilka nowych gier pomieści. Jakieś sugestie?