Poszukiwacze zaginionej pasji – część 3/3

PZP3Poprzednia część: Poszukiwacze zaginionej pasji – część 2/3

Nadszedł czas trzeciej próby i po raz kolejny powrócę do wydarzeń sprzed kilku lat. W grudniu 2009 kupiłem Pandemię, która, co miało okazać się w niedługim czasie, stała się zalążkiem mojej kolekcji gier. Traf chciał, że kilka dni po zakupie spotkałem znajomego ze studiów, który w planszówkach siedział od dawna. Czy mógł być ktoś lepszy do podzielenia się wrażeniami z pierwszych rozgrywek niż „stary wyjadacz”, który na pewno mnie zrozumie? No cóż, okazało się, że najprawdopodobniej każda inna osoba byłaby lepsza… „Pandemia to prościzna – nie ma się czym ekscytować.”. Próbując ratować sytuację, wspomniałem, że to w zasadzie taki powrót do grania, bo ostanie doświadczenia mam jeszcze z wczesnego liceum, kiedy godzinami grywaliśmy w „Talizmana”. Reakcji chyba nie muszę tłumaczyć, więc zaznaczę tylko, że do tego dnia naprawdę nie byłem świadom jak bardzo można przewrócić oczami okazując komuś dezaprobatę. Na odchodne dowiedziałem się jeszcze, że „Kupowanie gier w sieciówce, a nie w dedykowanym sklepie planszówkowym szkodzi branży!”. Tego dnia zostałem Planszówkowym Głupkiem. Teraz mógłbym przedstawić piękną historię o tym, jak rozwijałem swoją kolekcję, zdobywałem wiedzę o świecie gier, a w końcu popularyzowałem gry planszowe przy każdej okazji. Tylko że nie do końca tak to było. Owszem, kupowałem gry, zasób wiedzy też stopniowo się powiększał. Niestety w pewnym momencie zacząłem myśleć, że planszówki powinny być hobby bardzo elitarnym. A poza tym to dosyć słabe, że praktycznie każdy może kupić sobie grę, a potem jeszcze chwalić się, jaki to jest nieszablonowy. Tak zostałem Planszówkowym Dupkiem, co nie tylko rymuje się z Głupkiem, ale w dodatku go nie wyklucza. Przyszedł jednak czas na zmianę. 

***

Każdy jest Wybrańcem

Branża gier planszowych stale się rozwija i nie jest to szczególnie odkrywcza obserwacja. Podejrzewam, że jednym z lęków towarzyszących wzrostowi rynku planszówek jest to, że przy osiągnięciu pewnego poziomu popularności nasze hobby zatraci nutkę wyjątkowości. Czy gdyby wszyscy zaczęli spędzać czas na wspólnych rozgrywkach, to po pewnym czasie nie okazałoby się, że nie ma w tej zabawie nic co wyróżnia planszówkowiczów spośród innych ludzi? Zaleje nas fala nowicjuszy, a wtedy okaże się, że nie znając dzisiejszych „planszówkowych tuzów”, aktywnych w społeczności graczy od lat, nie będą okazywać im „należytego szacunku”. Co gorsza, może nawet spodoba im się nowy interfejs naszego ukochanego BoardGameGeeka, który przez tyle lat świetnie się spisywał. Wreszcie i sami wydawcy, przestaną z dnia na dzień wypuszczać na rynek gry dla zaawansowanych odbiorców, skupiając się tylko na tytułach dla początkujących. W końcu potencjalnych klientów w tym segmencie jest obecnie dużo więcej niż wszystkich doświadczonych graczy razem wziętych. 

Chyba tak naprawdę nie ma się czego obawiać i wszystko jest kwestią tego, jak głęboko w temat gier sami wchodzimy. Bo w końcu czy to, że jazda rowerem przestała być ekskluzywnym sposobem przemieszczania sprawiło, że nie ma wśród nas rowerowych pasjonatów?

Nie uważam, aby obowiązek popularyzowania naszego hobby automatycznie spadał na każdego, kto gra w gry. Nie jest to tajne zobowiązanie umieszczone pod wypraską w pudełku dwudziestej planszówki dołączanej do kolekcji. Wystarczy nie być dupkiem i nie przedstawiać społeczności graczy jako elitarnego klubu, do którego nie każdy powinien mieć prawo wstępu. Może nie trzeba oburzać się na wydawców, którzy „tracą czas” poszerzając swoje portfolio w kierunku gier rodzinnych, zamiast skupić się na tym, co robili przez lata w segmencie skierowanym do bardziej zaawansowanych odbiorców. Może bez sensu jest twierdzić, że ktoś, kto sięga po 3. wydanie mojego ulubionego tytułu nie zna się i powinien znaleźć edycję 1., albo w ogóle prototyp print-and-play, bo to jedyna wersja, która odpowiednio skręca zwoje mózgowe w czasie rozgrywki. Może lepiej nie zachowywać się jak ekspert od wszystkich aspektów branży gier, z którym można się tylko zgodzić albo siedzieć cicho uznając swoją planszówkową krótkowzroczność.

Każdy, kto sięga po gry jest Planszówkowym Wybrańcem. Czy to oznacza, że jest lepszy od Komputerowego/Rowerowego/Wędkarskiego/Książkowego/Pszczelarskiego… Wybrańca? Moim zdaniem nie. Czy to, że od kilku lat gram w planszówki sprawia, że jestem lepszy od kogokolwiek? Tak. Jestem lepszy od samego siebie sprzed kilku lat, kiedy w planszówki nie grałem. To wszystko.

Byłem Planszówkowym Dupkiem. Mam nadzieję, że to już za mną, ale najlepiej zapytać o to innych. Tylko nie pytajcie Oli – ona woli grać w 51. Stan: Master Set zamiast w oryginalną 51. i Nową Erę! Głupia! 😉

***

Racjonalne rozwijanie kolekcji w zgodzie z sobą, osiągniecie równowagi w grupie współgraczy i pozytywne nastawienie do nowych adeptów „gier bez prądu”. To były moje, podkreślam – MOJE!, trzy próby w czasie poszukiwania prawdziwej planszówkowej pasji. Czy faktycznie ją odnalazłem? Tak – widzę ją na horyzoncie. Teraz wystarczy tylko do niej dotrzeć.

Tak jak chyba każde hobby, również granie w planszówki ma w sobie coś niezwykłego, coś trudnego do ubrania w słowa. Coś co dostrzegają tylko pasjonaci. Pasjonaci tacy jak my. Pasjonaci tacy jak Ty… No dobrze – to była niska i patetyczna zagrywka. Po prostu Pasjonaci. 😉

Poprzednia część: Poszukiwacze zaginionej pasji – część 2/3