Poszukiwacze zaginionej pasji – część 2/3

PZP2Poprzednia część: Poszukiwacze zaginionej pasji – część 1/3
Kiedy zaczynaliśmy naszą przygodę z graniem, wybranie „dania głównego” na planszówkowy wieczór nie stanowiło większego problemu. Doświadczenie mieliśmy niewielkie, wszystko było dla nas nowe, a ponieważ nie zdążyliśmy się jeszcze znudzić naszą, małą wówczas, kolekcją, graliśmy praktycznie w każdą z zaproponowanych przez kogoś gier. Spotykaliśmy niemal co piątek, wpadał ten, kto akurat miał czas. Siedzieliśmy do „nad rana”, ptaki zaczynały śpiewać, dziki demolowały trawniki przed blokiem i ogólnie wszystko było pięknie… do czasu. Grupa dojrzała. Pojawiły się silne różnice w preferencjach tematyczno-mechanicznych i pierwsze, mrożące krew w żyłach „A może zagrajmy w coś innego?”. Potem przyszło nadmierne kombinowanie przy wyborze gier, a w pewnym momencie stało się jasnym, że rozpadu grupy prawdopodobnie nie da się już uniknąć. Szczęśliwie akurat urodziła się nasza córka, więc mieliśmy trochę mniej czasu na granie, musieliśmy odsypiać, bla bla bla i tak dalej. Zaczęliśmy grać więcej w dwuosobówki, odkrywać gry i warianty jednoosobowe, i tylko od czasu do czasu ktoś wpadał do nas na partyjkę. Nadszedł czas drugiej próby na drodze ku prawdziwej pasji.

***

Równowaga grupy współgraczy

Jedni nie lubią gier, w których jednym z zasobów jest zboże, inni nie zagrają, jeśli planszówka nie ma pionków w kolorze bladoniebieskim, a wreszcie znajdą się i tacy, którzy z zasady brzydzą się wszystkimi grami danego wydawnictwa. Sam też nie jestem wyjątkiem, który kocha wszystkie tytuły. Gra o tron? A może po prostu od razu zwiążcie mnie, zakneblujcie i posadźcie w drugim pokoju. Ja będę męczył się o wiele mniej niż przy partii, a reszta grupy będzie mogła cieszyć się emocjonującą rozgrywką, bez mojego ciągłego narzekania. Zresztą trudno oczekiwać, że wszyscy nasi regularni współgracze to akurat wybrańcy, lubiący kilkadziesiąt tych samych gier. I chyba brak zrozumienia tego faktu był największym problemem naszej pierwszej grupy planszówkowej. Ponieważ wspólnie i w tym samym czasie zaczynaliśmy odkrywanie świata nowoczesnych planszówek, czuliśmy się niejako zobowiązani do grania razem na przekór wszelkim „przeciwnościom”. Co za chory pomysł?! Planszówki mają służyć przede wszystkim dobrej zabawie. I chociaż są tacy, którzy twierdzą, że głównym zadaniem gier jest „wspólne spędzanie czasu”, to i tak uważam, że jeżeli grając będziemy czuli się źle, to i przesiedzianych razem godzin również nie zaliczymy do udanych. 

Co robimy teraz? Częściej zamiast spotykania się na „granie w planszówki”, umawiamy się „granie w konkretną grę X plus coś jeszcze”. Lubisz X – przychodzisz. Nie lubisz – nie przychodzisz. Lubisz ale nie przychodzisz – mamy problem. Brzmi strasznie sztywno? Może i tak, ale działa. Jasne zasady, nikt nie stroi fochów i nie psuje gry tylko dlatego, że zapomniał o czym jest Formula D, a będąc kierowcą wyścigowym, mierzi go takie upraszczanie tematu. Poza tym poziom rozgrywek jest dużo wyższy, bo każdy daje z siebie wszystko, a nie gra byle szybciej się skończyć partię. Dużo łatwiej jest też wprowadzać nowe gry do naszego repertuaru, bo tłumaczenie kosmicznego Space Empires 4X nie napotyka oporu ze strony kogoś, nastawionego akurat na uprawę papryczek w Scoville. Same plusy prawda? Nie do końca. Niektórzy przychodzą podejrzanie rzadko. Zupełnie jakby nie interesowały ich planszówki. Jakby chodziło im o zwykłe spotykanie się ze znajomymi. 🙂

Liczba naszych współgraczy jest teraz prawie 3 razy większa niż kilka lat temu. Prawie każdy z „oryginalnego” składu ma osobne grono do grania w planszówki, które u nas po prostu się nie sprawdziły. Na wspólne partie spotykamy się tylko przy tytułach, które odpowiadają wszystkim zainteresowanym. Najważniejsze jest jednak to, że nasze gusta planszówkowe wciąż się zmieniają. To chyba dobrze, bo jak mawia mój znajomy, „o gustach się nie dyskutuje, szczególnie jeśli ktoś ma tak beznadziejny jak ty”. Dlatego, chociaż jeszcze pół roku temu byłem zadeklarowanym wrogiem Cosmic Encounter, to niewykluczone, że nagle, dosyć nieoczekiwanie, postanowię dać jej kolejną szansę – z ludźmi, którzy uwielbiają w nią grać. I raczej nie odważę się w połowie partii zepsuć im zabawy.

***

Może takie chłodne planowanie i dobieranie składu do konkretnych gier jest bezduszne i nie licuje z romantyczną wizją planszówkowej rozrywki, gdzie wszyscy pięknie się różnią. Trudno. Moim zdaniem w planszówkowej pasji nie chodzi o granie w absolutnie każdą grę lądującą na stole, a w dobieraniu odpowiedniego składu współgraczy pod konkretny tytuł nie ma nic złego, tak długo jak ustalimy między sobą jasne zasady. Może taka optymalizacja jeszcze przed wspólną rozgrywką świadczy o tym, że jestem po prostu nudnym eurosucharzystą. Może. Ale nie widzę też nic klimatycznego w obrażaniu się na grę i innych graczy tylko dlatego, że konkretny tytuł nie trafił w czyjś „beznadziejny” gust ;). Myślę, że swoista przebudowa naszej planszówkowej grupy wyszła nam na dobre. Wszyscy przeszliśmy drugą próbę. Stan równowagi został osiągnięty. Jednak prawdziwa planszówkowa pasja wymaga jeszcze jednego poświęcenia. Możliwe, że największego ze wszystkich. O nim już niebawem.

Poprzednia część: Poszukiwacze zaginionej pasji – część 1/3
Kolejna część: Poszukiwacze zaginionej pasji – część 3/3