Poszukiwacze zaginionej pasji – część 1/3

PZP1Na początku budowanie planszówkowej kolekcji szło zupełnie normalnie – gier powoli przybywało, poznawaliśmy nowe tytuły, coraz łatwiej było dobierać gry do zagrania w zależności od grona współgraczy. Zbiór rozrastał się stopniowo, pudełka na półkach zaczynały wyglądać coraz bardziej imponująco, a na pewnym etapie pojawiło się przyjemne poczucie bezpieczeństwa – „nawet jeżeli wyczerpią się światowe złoża prądu i wyschną jeziora benzyny, to i tak do końca życia nie będziemy się nudzić”. Grający w planszówki znajomi też byli całkiem zadowoleni, bo coraz częściej trafiała się gra, której wcześniej nie mieli okazji  wypróbować, a ponadto kiedyś – gdybyśmy kiedykolwiek zaczęli jednak pożyczać swoje gry – mogliby zabrać sobie coś na kilka dni.

Ale przyszedł moment kiedy sprawy przybrały nienajlepszy obrót. Pierwszy sygnał był jak niewinny powiew wiatru w słoneczny dzień – rzucony mimochodem komentarz „Ooo, sporo macie tych gier.”. Wydawało się, że to nic takiego i ktoś po prostu spontanicznie zachwycił się naszą kolekcją. Ale za jakiś czas nadeszło piorunujące pytanie w stylu „Jesteś pewien, że grałeś już w każdą?” albo „A tamta poprzednia już ci się znudziła?”. Tak narodziła się presja otoczenia – prawdziwa zmora planszówkowego kolekcjonerstwa. Wtedy jeszcze nie widziałem, że będzie ona rosła szybciej niż liczba gier w kolekcji. Zdarzało się, że nawet jeżeli zamówiona planszówka była prezentem dla siostry, rodziców, chrześniaka lub przyjaciół, nikt nie dawał wiary moim tłumaczeniom. W zasadzie to tylko pogarszało sytuację – nie dość, że miałem już „oficjalnie zdiagnozowaną planszomanię”, to jeszcze rzekomo wymyślałem wymówki, aby ją ukryć. Jak jakiś wariat! Doszło nawet do tego, że kiedy kurier przywoził do pracy paczkę z książkami, ubraniami lub kompletem opon zimowych, to i tak komentarz przypadkowych świadków był podobny – „Niech zgadnę? Kolejna gra. Nie za dużo już?”.

No dobrze, może w niektórych miejscach trochę podkolorowałem, ale najważniejsze jest to, że z czasem odkryłem kolejny etap planszówkowego rozwoju. Jednak aby go osiągnąć musiałem pomyślnie przejść trzy próby. I o nich jest ten mikrocykl.

***

Próba pierwsza – w zgodzie z samym sobą

Jak to często bywa, trzeba zacząć od siebie. Odpowiedź na wspomniane wyżej pytanie „Jesteś pewien, że grałeś już w każdą?” ma tutaj pewne, choć niekoniecznie rozstrzygające, znaczenie. Oczywiście gdyby była ona twierdząca, to automatycznie przeszedłbym pierwszą próbę i nie miałbym o czym dalej pisać. Zatem „nie!” – nie grałem w każdą z gier, które mam na półkach. I szczerze mówiąc, moment w którym zdałem sobie sprawę ze skali tego – nazwijmy to wprost – problemu, był naprawdę nieprzyjemnym doświadczeniem. W najgorszym momencie było to jakieś 20 gier, co na tle całej ówczesnej kolekcji – około 100 tytułów – wypadało dość niepokojąco. Trzeba było wprowadzić trochę samodyscypliny, tak aby mroczna prawda nie wyszła na jaw. Ostatecznie, choć z dużym trudem, udało mi się osiągnąć poziom zaledwie 4 nietkniętych tytułów. 

Moje obecne dopuszczalne maksimum to 7 niezagranych gier – granica, powyżej której po prostu nie kupuję nowej planszówki. Z doświadczenia wiem, że sens ma tylko wartość bezwzględna, a nie limit procentowy. A to dlatego, że nawet ustawienie granicy niezagranych tytułów na 10% – co pozornie brzmi całkiem racjonalnie – w niedługim czasie doprowadzi do tego, że na półkach znów zalegnie wiele nieruszonych jeszcze pudełek. W końcu nie chodzi o to, aby ograć co najmniej 90% kolekcji, tylko (prawie) całą, nie zostając jednocześnie zbyt daleko z tyłu w przypadku nowych zakupów.

Kolejnym aspektem pierwszej próby jest niekupowanie gier na daleką przyszłość – na przykład na czasy „kiedy dzieci podrosną i będzie więcej czasu na granie”. Oczywiście może okazać się, że fantastyczna planszówka dostępna dziś, wyprzeda się do zera i nie będzie kolejnej szansy na jej zakup. Ale jeżeli obecnie powstają interesujące nas gry to najprawdopodobniej za rok, 5 czy 10 lat znajdziemy inne, jeszcze ciekawsze.

Aha, żeby było jasne – nawet jeżeli jestem blisko wspomnianej granicy 7 gier, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby zrobić jednorazowe zamówienie na kolejne… „kilka” tytułów 😉 – na przykład w okolicach GenConu, targów w Essen i innych bogatych w premiery okresów roku. Wystarczy zadbać o to, aby w ciągu kilku tygodni wszystko się unormowało, ponownie osiągając bezpieczny poziom.

***

Może to tylko mój problem, ale zbyt duża liczba nieogranych tytułów generowała małe wyrzuty sumienia w momencie dodawania kolejnych planszówek do kolekcji. Minęło sporo czasu zanim zrozumiałem, że im więcej niewypróbowanych „eksponatów” nagromadzało się na półkach, tym bliżej mojemu hobby było do zwykłego zbieractwa, aniżeli do prawdziwego kolekcjonerstwa, które w istocie wymaga faktycznego poznawania posiadanych gier.

Rozwijanie kolekcji to nie wyścig i naprawdę nie ma się dokąd spieszyć. Ważne, aby dobrze czuć się wśród posiadanych gier i nie mieć żalu do siebie, że planszówki tylko zalegają na półkach, zbierają kurz i miesiącami czekają, aż otrzymają pierwszą szansę. Ważne, aby powiększać kolekcję w zgodzie z samym sobą. Pierwsza próba za mną.