Duże gry w małych dłoniach – część 6. – „Odyseja kosmiczna”

Poprzedni odcinek: Duże gry w małych dłoniach – część 5. – „Kolekcjoner kości”

– Tatusiu, tatusiu, kotka.
– Chcesz pojechać do kotków?
– Nie! Kotek z gly.
– Nie mamy gry z kotkiem.
– Mamy kotka. Tam! [pokazuje na pokój z grami]
– A pokażesz mi?
– Nie.
– [głos z drugiego pokoju] Daj jej Onirima!
– Onima!
[po chwili]
– Proszę. Co się mówi?
– Cinkuję… kotek!

„Kotek” jest w rzeczywistości małą figurką przedstawiającą nocny koszmar w grze karcianej Onirim i wygląda tak:

DGMD-6-1

W porządku, może jest tu pewne podobieństwo do kota i to chyba dobrze, że nasza córka je dostrzega, ale tamtego dnia zdałem sobie sprawę z pewnego szokującego faktu. W naszym „planszówkowym” domu nie mamy żadnych gier o kotach! Hmmm… chyba jednak chodziło o coś innego… Nie mamy ŻADNYCH gier zaprojektowanych z myślą o małym dziecku!!!

***

Czasem rozmyślam nad tym, jak to będzie, kiedy za jakiś czas będziemy grywać w planszówki z naszą córką. Już niedługo. Za kilka lat.

Nie mam wątpliwości, że wszystko, o czym pisałem we wcześniejszych odcinkach – rozpakowywanie nowych nabytków, zabawa komponentami, a nawet ich chowanie i niszczenie – zwiększa szanse, że w przyszłości nasza córka będzie chciała spędzać czas przy planszówkach. Wtedy na pewno przydadzą się przeróżne gry, które zgromadziliśmy na półkach. Tymczasem chyba najwyższy czas, aby zacząć inwestowanie w tytuły z dużo niższej kategorii wiekowej, niż te znajdujące się w naszej kolekcji. Przemawia za tym jeszcze jedno – Marzena wygląda na lekko poirytowaną, kiedy twierdzę, że kolejną trzygodzinną grę strategiczną kupiłem z myślą o graniu z dziećmi za kilka lat. Pora przyczaić się na chwilę i uderzyć w strunę „patrz jaką piękną grę dla dzieci zamówiłem dla naszej córki”.

Całe doświadczenie zdobyte w ciągu kilku lat mojej planszówkowej przygody wcale nie sprawia, że wybór gier z kategorii wiekowej odpowiedniej dla naszej córki jest zupełnie oczywisty. Przy tytułach dla dwulatków całą znajomość mechanik i popularnych rozwiązań strategicznych można na chwilę wyrzucić do kosza, bo nie będą tu szczególnie pomocne. Szukałem więc czegoś, co z jednej strony nie powielałoby funkcji innych zabawek, a z drugiej, aby komponenty gry pozwalały na swobodną zabawę w oderwaniu od zasad, jeżeli te nie do końca sprawdzą się na tym etapie. I znalazłem.

„Trzy Małe Świnki” od Granny nie są typową planszówką, ale raczej łamigłówką – dziecięcą wersją układanki IQ Twist. Całość wyglądała ciekawie, miała pozytywne recenzje, a elementy w razie potrzeby mogły być wykorzystane do zwykłej zabawy poza grą. No i oczywiście było podobieństwo do pierwowzoru, nad którym sam lubię pogłowić się od czasu do czasu, więc wiedziałem, czego można się spodziewać.

DGMD-6-2
Zaskoczenia nie było – elementy ze „Świnek” od momentu wyjęcia z pudełka służyły głównie do swobodnej zabawy. Domki stawały w różnych miejscach mieszkania, świnie latały po pokojach, a tylko wilk i podstawka łamigłówki nie cieszyły się większym zainteresowaniem i zostawały w pudełku. Ułożenie początkowego ustawienia zagadek i próby namówienia naszej córki do rozwiązania zadania były o tyle utrudnione, że ostatnio dosyć często przerabiamy nastroje z kategorii „Nie! Sama!”. Ostatecznie przy którymś kolejnym podejściu klocki z domkami zaczęły stawać na podstawce. Najpierw jeden, potem drugi i wreszcie… wszystko lądowało na podłodze, bo trzeciego nie dawało się już dopasować. Ale stopniowo pojawiła się cierpliwość i skupienie przy przekładaniu i obracaniu dwóch elementów, aby zrobić miejsce dla ostatniego.

***

– Tatusiu, tatusiu, świnki.
– Proszę.
– Nie te. Twoje!
– Moje świnki? Ja nie mam świnek.
– [głos z drugiego pokoju] Daj jej Twista!
[po chwili]
– Ale te świnki są trudniejsze niż twoje. Poukładamy razem?
– Nie! Sama!

Nie ma sensu upiększać rzeczywistości – nie wszystko odbywa się według zasad opisanych w instrukcji. Ale patrząc przez lekko zniekształcającą soczewkę rodzicielskiej dumy, widzimy już zalążki czegoś, co za jakiś czas może przerodzić się w „Tato nie przeszkadzaj – ja tu myślę!”. Nie będziemy popędzać, ale na wszelki wypadek kolejna dziecięca gra już czeka ukryta na szafie. Podróż trwa.

Poprzedni odcinek: Duże gry w małych dłoniach – część 5. – „Kolekcjoner kości”
Następny odcinek: Duże gry w małych dłoniach – część 7. – „Tożsamość Bourne’a”

DGMD-6-END