Duże gry w małych dłoniach – część 2. – „Przebudzenie Mocy”

DGMD-2-START

Poprzedni odcinek: Duże gry w małych dłoniach – część 1. – „Nowe porządki”

Kiedy nasza córka chce pobawić się planszówkami staje przed regałem i mówi „gha”. Bierzemy dowolne z pudełek, otwieramy i… Kogo ja tu próbuję oszukać?

– Gha!
– Dobble?

– Ina.
– Mondo?
– Nie. Ina!
– Myszki???
– Myski niiiie!!! [tupanie]
– Coś nowego? [wskazuję zafoliowane pudełko]
– Oooooooo.

Jednego dnia chodzi o Dobble, innym razem o kafelki z Mondo, a czasami po prostu o kilka figurek z Magii i Myszy. Trzeba tylko trafić w to konkretne pudełko. Ale jeśli na półce jest zupełnie nowa gra, to najprawdopodobniej tego dnia bawimy się w rozpakowywanie.

***

Zawsze lubiłem kilka pierwszych minut obcowania z nową grą. Otwieranie pudełka, wyjmowanie planszy, uwalnianie żetonów z tekturowych ramek, sprawdzanie czy na pewno niczego nie brakuje i oglądnie jak w rzeczywistości wyglądają komponenty, które w większości przypadków wcześniej widziałem tylko na ekranie komputera (niektóre z mocno podrasowanymi kolorami). Każdy kto siedzi w planszówkach wie o co mi chodzi – po prostu kilka pierwszych minut. Kilka minut.

Z moich obserwacji wynika, że dla naszej córki nowa planszówka jest przynajmniej trzykrotnie ciekawsza niż dla nas. Jeżeli ja wypycham i segreguję żetony w 5 minut, ona będzie to robić 15. Dlaczego? Bo każdy żeton ma znaczenie! Każdy zasługuje na indywidualną audiencję z paluszkiem wskazującym. Żadnego potrząsania arkuszem albo uderzania o brzeg pudełka, żeby żetony, w miarę możliwości, powypadały same. Nasz córka działa powoli i metodycznie. Żeton po żetonie, arkusz po arkuszu.

Zabawa jest we wszystkim – zaczynając od folii na pudełku, przez arkusze z żetonami i kafelkami, paczki z kartami, drewniane lub plastikowe znaczniki, figurki, a kończąc na segregowaniu poszczególnych komponentów w woreczkach strunowych lub pudełkach z przegródkami.

Specjaliści od rozwoju małych dzieci pewnie powiedzieliby coś na temat ćwiczenia zdolności manualnych i „sensoryczności” takiej zabawy. Nam wystarcza, że taki sposób spędzania czasu przy planszówce daje naszej córce dużo radości. Każdy „wyczyszczony” arkusz to świadek niezwykłej precyzji działania, każda figurka to powód do małego zachwytu, kolejny znacznik lub kolorowy pionek umieszczony we właściwej przegródce to dla dziecka powód do dumy, a instrukcja to po prostu kolejna książeczka.

***

Minie jeszcze trochę czasu zanim zaczniemy w coś grać „tak naprawdę”. Na razie cieszymy się, że nasza córka poznaje elementy gier, oswaja się z nimi i odkrywa ich własności…

– Zobacz, tu na karcie jest kosmita.
– Mitaaa. [bardzo poważnie i kiwając głową]
Zanieś mamie do pokoju.
[dźwięk małych kroków cichnie w korytarzu]
– [głos z oddali] Skarbie co tam masz? Otwórz rączkę. Pokaż…. Paweeeeł!

Wiedzieliście, że dziecko potrafi zgniatać karty?! 

Poprzedni odcinek: Duże gry w małych dłoniach – część 1. – „Nowe porządki”
Następny odcinek: Duże gry w małych dłoniach – część 3. – „Wejście smoka”

DGMD-2-END